poród rodzinny z perspektywy ojca 8


Jak zapewne się domyślacie – sam poród to diametralnie różne przeżycia dla matki i ojca dziecka, które wkrótce ma zamiar przyjść na świat.
Na wstępie zaznaczę jeszcze, że jestem z „tych” ojców, którzy chcieli i mogli być przy porodzie. Wiadomo – opinie w tej kwestii są różne, ale ja jednak chciałem być przy żonie i pomagać w jakikolwiek sposób było to możliwe.

Do rzeczy jednak. Nawet nie mam zamiaru mądrzyć się na temat co towarzyszy kobiecie podczas porodu – bo o tym wie tylko i wyłącznie sama zainteresowana. Z obserwacji jednak jasno wynika, że przeżycia te jednak nie należą do najprzyjemniejszych. Bardzo powolny chód, bolesne skurcze co kilka chwil, ciężkie oddechy, kroplówki i inne straszne rzeczy.
A co w tych chwilach robi ojciec? Ja osobiście uznałem, że dobrym pomysłem będzie psychiczne rozluźnianie partnerki i pod żadnym pozorem nie denerwowanie jej – ile to się filmów widziało w telewizji gdzie kobieta na czas porodu staje się demonem i wyzywa niewinnego mężczyznę od najgorszych.
Od czasu do czasu jakiś żart, przywoływanie fajnych wspomnień z ciąży partnerki i ogólnie zachowywanie się wzorowo – takich zachowań potrzeba w tym stresującym dla kobiety czasie. Pamiętajcie! Pod żadnym pozorem nie nabijamy się z tego jak nasza partnerka się porusza oraz jakie wydaje odgłosy – można śmiać tylko i wyłącznie się w myślach – bo jak się taki chichot wymsknie to już mamy pozamiatane.
Powiem wam, że wydawało mi się, że oberwę kiedy zaproponuję trochę gimnastyki, która pomoże w odpowiednim ułożeniu się dziecka do „wyjścia”. Wszak na szkole rodzenia, na którą zostałem zmuszany uczęszczać, mówili że jest to dobre dla dziecka i dla matki – jako, że propozycja o dziwo przeszła bez problemu, dużo nie myśląc poczułem się jak instruktor fitness. Raz dwa, kręcimy bioderkami. Przyznam, że nie mam pojęcia czy pod względem fizycznym takie ćwiczenia pomagają – na pewno natomiast pomagają psychicznie. Na twarzy wyraźnie zmęczonej całą sytuacją kobiety pojawia się uśmiech, a nawet sama zaczyna rytmicznie kręcić kuperkiem. W tym momencie pragnę przywołać powyższe twierdzenie o śmianiu się. Na jakiekolwiek pytania ze strony kobiety – czy ćwiczy poprawnie jest tylko jedna odpowiedź – wyglądasz świetnie i świetnie Ci idzie. Podejrzewam, że odpowiedź w innym tonie mogłaby się zakończyć nokautem gibko ćwiczącej partnerki.
Oczywiście prócz samej zabawy, partner ma dużo obowiązków. Są to m.in.:
– służenie za piłkę stresową, którą kobieta może dowolnie ściskać (szczególnie w momencie nadchodzenia skurczu). Tutaj mała uwaga – oddalenie się na jakąkolwiek odległość nie zwalnia z tego obowiązku. Gdy spróbujemy, zostaniemy słodko zawołani: „Gdzie łazisz, chodź tu! skurcz idzie”
– służenie za mobilny wieszak – będziemy mieli obowiązek chodzenia i przenoszenia różnych rzeczy z miejsca na miejsce
– służenie za dobrego przyjaciela, który wysłucha dlaczego kobiety mają tak ciężko, a mężczyźni nic nie muszą robić
– służenie za mędrca, który fachowo udaje, że zna odpowiedzi na pytania partnerki i że przykładał wagę do tego co mówią na szkole rodzenia
– służenie za pocieszyciela, który mówi, że żona wygląda świetnie.
– fachowiec od sprzętu medycznego – nie pamiętam konkretnie o co chodziło, ale pamiętam, że poprawiłem w czymś pielęgniarkę od KTG i faktycznie miałem rację

W końcu jednak nadchodzi ten moment. Żarty się kończą. Lekarz mówi, że to już wkrótce. W tym momencie wszystko zaczyna się dziać bardzo szybko. Gdy na sali na stałe pojawia się pielęgniarka położna już nie wypada robić różnych głupot i niestety trzeba się zachowywać jak cywilizowany człowiek – czyli w przypadku męża – trzeba siedzieć w kącie i udawać, że nas tam nie ma. Wody odchodzą (przy czym partnerka czuje się podejrzanie przyjemnie), rach-ciach przychodzi lekarz, mówi, że jest ok i to już minuty do końca porodu. Siedząc z boku widzę, że lekarz wyjmuje dziecko, w końcu pada pytanie „czy chce Pan przeciąć pępowinę?”.
Wyobrażam sobie, że tutaj wiele osób by się zastanawiało. Nie ma jednak na to czasu. Co przeważyło u mnie? Myśl o tym, że czynnie brałem udział w porodzie, duma gdy będę o tym opowiadać oraz to, że jest to przeżycie które się na pewno zapamięta. Odpowiadam „TAK” – lekarz (a raczej w naszym przypadku lekarka) przygotowuje „przewód łączący”, wręcza nożyczki i informuje, żeby nie dotknąć tymi nożyczkami niczego z otoczenia, aby ich nie zakazić. I już.
W zasadzie to nie pamiętam za bardzo jak dokładnie wyglądało to wszystko po przecięciu pępowiny, nie pamiętam kiedy wszyscy wyszli z pokoju. Pamiętam tylko to, że na brzuchu żony leżał On. Nasz mały synek. Ukochany.

Poważnie jednak mówiąc i wcale się nie chwaląc – wydaje mi się, że moja obecność na sali porodowej znacząco pomogła żonie. Ciężko mi wyobrazić sobie sytuację, w której leżałaby sama na tej sali, cierpiała i jedyną rozrywką byłoby patrzenie w ścianę, albo na lampy na suficie, albo to, że tuż po narodzeniu dziecka zostałaby z nim sama – w pierwszych minutach jego życia na świecie „zewnętrznym”. Nie wspominam już o tym, ze We dwójkę czas zawsze mija szybciej… i kto by się martwił tym, że jest 2 w nocy i że za 6 godzin trzeba być w pracy.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

8 komentarzy do “poród rodzinny z perspektywy ojca